piątek, 13 listopada 2009

NIEpokój w kuchni. O kulinarnych eksperymentach z tożsamością

19 listopada, g. 18:00

wykład: Katarzyna Przyłuska-Urbanowicz
performance kulinarny: MASH//HER//DIP
(kolektyw w składzie Ola Badowska & Ania Kasińska)

Czym jest przestrzeń kuchni? Czy wyłącznie obszarem zmysłowych doznań, domowego ukojenia i relaksu, „macicznym” światem zaspokojenia potrzeby pokarmu i bezpieczeństwa, oswojonym, na wpół czarodziejskim miejscem budowania biesiadnej wspólnoty? Czy obrazy kulturowe – i nasze własne doświadczenie – nie każą upomnieć się także o inny, mniej oczywisty wymiar kuchennego terytorium? Warto może przyjrzeć się takim przekazom kulturowym, które wydobywają z kuchni jej transgresyjny potencjał. Warto zobaczyć kuchnię także jako hermetyczne laboratorium, zamkniętą przestrzeń ryzykownego eksperymentu, której wyizolowanie (oddzielenie od pokoju – na przekór przyjaznej człowiekowi proksemice) jest warunkiem powodzenia prowadzonych w niej alchemiczno-tożsamościowych działań. Warto zobaczyć kuchnię jako miejsce doświadczenia nie-pokoju: władzy nad życiem i śmiercią, łamania zakazów (nie tylko kulinarnych), czy wreszcie – konfrontacji z własnym miejscem w łańcuchu pokarmowym.

Zapraszamy!







Katarzyna Przyłuska-Urbanowicz - antropolożka kultury, tłumaczka, absolwentka MISH UW, miłośniczka kuchni. Stypendystka Socrates-Erasmus na Université Paris IV – Sorbonne. Doktorantka w Zakładzie Teatru i Widowisk Instytutu Kultury Polskiej, gdzie prowadziła konwersatorium „(Nie)jedzenie jako strategia konstruowania tożsamości”. Publikowała m. in. w „Dialogu”. Mieszka w Warszawie.

czwartek, 5 listopada 2009

Wiersze na zamówienie - projekt

Lubisz poezję? Zadaj poecie temat, wybierz formę i wyślij zamówienie na wiersz!

Wiersze na zamówienie to projekt poety - Dominika Rokosza, który będzie realizowany w Pokoju z kuchnią od grudnia do czerwca 2010 roku.

Projekt polega na interakcji twórcy z odbiorcą. Odbiorca – każdy, który odwiedza CSW, Kino Centrum, Pokój z Kuchnią, czy też wchodzi na stronę www.csw.torun.pl, za pomocą formularza zamówienia wiersza wyznacza artyście ramy w jakich jego poezja ma się poruszać. Odbiorca ma wpływ na tematykę i kształt wiersza. Do twórcy należy zaś interpretacja oczekiwań.

Cały projekt jest próbą odpowiedzi na pytania o sens poezji i źródła inspiracji, a także o oczekiwania odbiorców odnośnie tematyki wierszy.

Finałem projektu będzie prezentacja wierszy w CSW w różnorakiej formie, m.in. jako: napisy na ścianach, szablony, lightboxy, vlepki, obrazy czy animacje wideo.

Za wizualną stronę prezentacji odpowiadał będzie Dominik Rokosz i Radosław Resko Błoński.

Dodatkową formą akcji będą trzy slamy poetyckie o delikatnie zmienionej formule – tj. startujący prócz własnych, wybranych wierszy zmierzą się z zadaniem poetyckim polegającym na wylosowaniu 3 słów i stworzeniu z nich wiersza.

TUTAJ możesz wypełnić zamówienie na wiersz.











Radosław Resko Błoński – ur. w 1984 roku w Inowrocławiu, absolwent kulturoznawstwa UAM, przedstawiciel Street Artu, członek grupy HSM, autor projektów: kupypsie, slow city, twórca grafik vlepek. Zajmuje się ingerencją w przestrzeń miejską, lecz nieobca jest dla niego także interakcja z galerią,

Dominik Rokosz – ur. w 1981 roku w Inowrocławiu, kulturoznawca, autor sztuk teatralnych, wiceprzewodniczący koła naukowego filmoznawców na UAM, laureat konkursów poetyckich, animator życia kulturalnego. Zorganizował slamy poetyckie w Poznaniu, Inowrocławiu i Toruniu (w OdNowie i Dworze Artusa). Jest mistrzem Polski w slamie poetyckim. Po zwycięstwie na Spoke’n’Word festiwalu w CSW w Warszawie uczestniczył w mistrzostwach świata w poezji – Coupe du Monde - w Bobigny w 2008 roku. Autor tomu Wiersze żebrane. Jego wiersze zostały także zamieszczone w antologii światowego slamu poetyckiego.

poniedziałek, 2 listopada 2009

Z Romeo Gongorą rozmawia Kasia Drewnowska-Toczko - część II

Oto druga część wywiadu z Romeo Gongorą przeprowadzona po przebiegu sesji z uczestnikami.

Opowiedz, jak przebiegły sesje.

Spotkałem się z 7 uczestnikami – z większością odbyłem 2 sesje, z niektórymi 3. Przyznaję, że projekt powinien trwać nieco dłużej, żeby pojawiły się jakieś konkretne efekty. 10 dni to za mało, aby osiągnąć efekty terapeutyczne – chociaż nie takie było do końca założenie, nie miałem intencji przeprowadzenia terapii, jednak żeby lepiej przyjrzeć się relacji z uczestnikami i własnym reakcjom, musiałbym wydłużyć czas działania.

Co ciekawe, uczestnicy byli bardzo różni – pojawili się tacy, którzy odpowiedzieli na moje ogłoszenie zamieszczone w prasie, oraz tacy, którzy pojawili się dzięki kontaktom z tymi pierwszymi, dzięki tzw. poczcie pantoflowej; czyli każdy miał inną motywację. Czułem to. Moje doświadczenia z nimi nie miały wspólnego celu.

Ta różnorodność nie stanowiła dla Ciebie problemu? Pytam o to, bo pamiętam, jaką wagę przykładałeś do przypadkowego wyboru uczestników za pomocą ogłoszenia.

Okazało się, że takie doświadczenie jest bogatsze! W moich poprzednich projektach uczestniczyli ludzie, którzy nie mają nic wspólnego ze światem sztuki i byli ze mną , ponieważ tego chcieli. Tym razem było inaczej, pracowałem z osobami, które miały za sobą doświadczenia artystyczne, ale to było bardzo interesujące – odkrywanie, jak podchodzić do tak różnych osobowości. To był rodzaj wyzwania – doprowadzenie ich wszystkich do jednego punktu.

Bardzo istotne okazały się obiekty, czy też specyficzny porządek w jakim były ułożone, podlegający pewnej prywatnej logice wynikającej z kolejności ich używania. Przypominały trochę artystyczną instalację, ale były przede wszystkim utylitarne. Ta logika kształtowała się powoli podczas spotkań, z czasem decydowałem, które obiekty odpowiadają mi najbardziej i jak powinny być rozmieszczone. Same obiekty i sposób ich używania były silnie inspirowane przedmiotami Lygii, poprzez fotograficzną dokumentację jej działań czy moje własne wyobrażenie na ich temat. Nie wiedziałem dokładnie jak używała ich Lygia, bazowałem na własnej wyobraźni i intuicji.

Lygia używała gotowych przedmiotów, niemal prosto ze sklepu. Ja też chciałem jak najmniej ingerować w ich formę, ale miałem świadomość ich stwarzania, miały dla mnie walor artystyczny, dużo większy niż obiekty Lygii. Nosiły też piętno współczesności – używałem na przykład plastykowych opakowań po jogurtach. Wszystkie obiekty stanowiły istotną część prezentacji w CSW.

Te pierwsze spotkania z uczestnikami miały bardzo fizyczny aspekt. Miałem wrażenie, że dla niektórych to był bardzo radykalny krok, pewnie głównie z powodu bariery językowej. Tak jakby brak kontaktu werbalnego sprawiał, że znikała potrzeba racjonalizowania wszystkiego, wyjaśniania, kategoryzowania. W zamian pojawiła się potrzeba eksperymentowania. Na niektórych wpływało to destabilizująco – jedna z pierwszych osób nie była w stanie w pełni się zrelaksować, nawet podczas drugiego i trzeciego spotkania. Ja to wyczuwałem w tak intensywny sposób jak nigdy dotąd.

Sam proces używania kolejnych obiektów podlegał pewnej intuicyjnej, organicznej ewolucji, raczej dalekiej od chronologicznego porządku. Niektóre obiekty wymagały dużo większej inerakcji z uczestnikiem – te stosowałem z rozmysłem dopiero przy drugim, trzecim spotkaniu. Często obiekty podlegały przekształceniom, które dyktowała konkretna osoba; tak na przykład było z zastosowaniem wilgotnych tkanin – po prostu nagle poczułem, że chciałbym poeksperymentować z innym materiałem, formą.

Zastanawiałam się, jakie znaczenie dla terapii prowadzonych przez ciebie i Lygię miała wasza płeć i wiek. Lygia była starsza panią podczas przeprowadzenia 'dotykoterapii', tymczasem ty jesteś młodym mężczyzną, twój wiek i płeć wikłają Cię w pewien kulturowy stereotyp.

Tak, to ważny element. Lygia miała tez dużo większe doświadczenie. Eksplorowanie tych różnic też jest fascynujące.

Ważna też była dla mnie granica między obserwowaniem a uczestniczeniem – sesje przypominały czasem rodzaj koncertu, czy działania performance, uczestnik był jednoczesnie obserwatorem , jak i elementem działania.

Inspirowały mnie też teorie teatralne – na przykład Augusto Boal i jego koncepcje bardzo interaktywnej partycypacji widza w przedstawieniu, czy Jerzy Grotowski. To między innymi dzięki jego twórczości realizuję projekt właśnie w Polsce. I am the other integruje wszystkie te teatralne naleciałości, w ogóle ma duży wydźwięk teatralny – obiekty, których używam, są bardzo estetyczne, zmysłowe, służą do dotykania, ale wydają też dźwięki, jak na przykład tuba, rura wydająca niski, głęboki dźwięk, której używałem na początku, aby uspokoić uczestników.

Czy Lygia również używała dźwięków podczas swoich seansów ?

Nie wiem – prawdę mówiąc, na pewnym etapie nie odczuwałem już konieczności stawiania takich pytań.

A ten element walki osobowości? Jak widzisz to teraz, po przeprowadzeniu wszystkich sesji?

To jest bardzo ważne, co teraz powiem: na początku rzeczywiście odczuwałem to jako pewną walkę. Po tych 10 dniach spotkań czuję, że już wystarczy. Mógłbym kontynuować spotkania, żeby pogłębić więzi z uczestnikami. Ale ta koncepcja walki osobowości – myślę, że już się zdezaktualizowała. Na początku ciągle się zastanawiałem kim jestem ja, jako twórca i kim była ona. Trochę jak w relacji między matką a synem. W pewnym momencie poczułem, że zadawanie sobie tego pytania przeszkadza mi, nie pozwala mi rozwijać tego projektu w sposób naturalny. To było jedno z odkryć, których dokonałem podczas realizacji, jeden z najsilniejszych elementów.

Bardzo chciałem zająć się twórczością Clark, myślę, że ma ona olbrzymi ładunek intensywności, siły. Czułem, że chciałbym tę siłę włączyć do mojej pracy. To jest trochę jak w życiu – trzeba iść ciągle do przodu i kiedy pojawiają się jakieś trudności, czujesz, że naprawdę się rozwijasz. Taka poetyka sensu życia; nie ma sensu walka z uczuciem pustki, które nosimy w środku, bo ta pustka jest częścią nas.

To brzmi jak podsumowanie.

Tak, rzeczywiście. Opowiadałem Ci na początku, że przez ponad rok wpatrywałem się w zdjęcia z terapii prowadzonych przez Lygię i czytałem jej teksty. Miałem nadzieję, że uda mi się jej ekstremalny ładunek energii przenieść do mojej praktyki artystycznej. Cała problematyka z definiowaniem dzieła sztuki też mnie fascynowała – bo tak naprawdę, czy działania Lygii nie są dziełem sztuki?

Od początku było dla mnie jasne, że w odróżnieniu od poprzednich projektów, ten nie pozostawi po sobie tradycyjnej, dopracowanej formy artystycznej, tylko dokumentację, która ma jednak pewien estetyczny wymiar. Myślę, że Lygia też nie planowała zorganizowania wystawy powstałej z dokumentacji przeprowadzonych terapii. Nie chciałem wykonać pracy, którą można eksponować, chciałem doświadczyć tej intensywności bez przymusu przekładania jej na język wizualny. To wynika z mojej trajektorii artystycznej, miałem ochotę poczuć coś nowego, nie z powodu zmęczenia dotychczasową praktyką, raczej żeby coś w sobie odnowić, odkryć. Skoro mówimy o trajektorii – pracuję teraz nad projektem, który ma dużo wspólnego z teatrem; jego inspiracją jest właśnie I am the other.

Zresztą we wszystkich moich poprzednich projektach, oprócz części przeznaczonej do ekspozycji, była zawsze ta część niewidoczna, bardzo intensywna, oparta na relacji z drugim człowiekiem.

W przypadku tego projektu, bariera językowa nie pozwalała na bardzo głęboką więź, relacje miały charakter bardzo teraźniejszy. Zresztą, projekt nie miał opowiadać o nich, tylko o mnie i o Lygii, o związku między nami.

Związku, który nie jest już oparty na walce.

Tak. Można powiedzieć, że się zaprzyjaźniliśmy.

czwartek, 29 października 2009

Łódź Design 2009









Wystawa Surtido

Tomek Rygalik i Luis Eslava prowadzą twórczą dyskusję od czasów, kiedy studiowali razem na wydziale projektowania produktu (Design Products) londyńskiego Royal College of Art. Wspólne studio, podróże, mieszkanie oraz lata pracy w londyńskim środowisku artystycznym dały im szansę na wymianę poglądów i doświadczeń kulturowych.
Obserwacja codzienności, ciężka praca, twarda gra, dobra zabawa i podobne cele życiowe stały się źródłem ich krytycyzmu społecznego i kulturowego oraz zainteresowania koncepcyjną eksploracją granic designu.
Surtido to wystawa, która stanowi próbę przeniesienia tego dialogu o krok dalej. Wprowadzenie młodych, utalentowanych hiszpańskich projektantów na kształtującą się polską scenę designu ma wywołać dyskusję, która wykroczy daleko poza kwestię związku między projektantem i branżą.

Tomek Rygalik
kurator wystawy

Źródło: http://surtido.org/es/acciones
http://www.lodzdesign.com/program-glowny/surtido/

wtorek, 27 października 2009

Z Romeo Gongorą rozmawia Kasia Drewnowska-Toczko - część I

Z Romeo Gongorą spotkałam się dwa razy – po pierwszej z zaplanowanych przez niego sesji, kiedy dopiero krystalizowało się jego wyobrażenie zarówno na temat uczestników, jak i samego przebiegu „terapii” oraz po zakończeniu całego cyklu.
Oto pierwsza część wywiadu.

Jak powstał pomysł na realizację projektu inspirowanego Estruturação do Self Lygii Clark?
Interesowały mnie wszystkie pytania, które stawiała sobie Lygia. Przez przeszło rok przeglądałem zdjęcia z warsztatów 'dotykoterapii', aż w pewnym momencie poczułem pewien przymus, imperatyw, aby coś z tym zrobić. Te zdjęcia zresztą pozostały we mnie, przywoływałem je podświadomie. Myślę, że Lygia chciała w jakiś sposób przekroczyć granice sztuki, żeby doświadczyć czegoś bardzo silnego. Chciałem też tego spróbować, żeby zobaczyć, czego się nauczę. Widzę to tak: Lygia, w określonym momencie swojej twórczości; wkraczam ja, biorę tę jakość, wartość, którą wypracowała, i zabieram ją w inne miejsce, na inny poziom.

Taka kreatywna kontynuacja.
Tak, staram się jakoś scalić z moją twórczością to, czego dokonała Lygia; myślę, że dużo nas łączy. Ona odczuwała rodzaj powołania do traktowania swoich działań jako kuracji; ja też mam w swojej twórczości taką potrzebę.

Żeby wystąpić w roli kogoś, kto leczy?
Raczej żeby moja praca przyniosła jakiś pozytywny efekt na poziomie społecznym.

Czy to nie jest tak, że ten projekt podejmuje wątki, które interesowały Cię jako artystę w przeszłości?
Nie wiem, czy stanowią logiczną kontynuację. Na pewno dla mnie, subiektywnie – tak. Może logika to nie jest właściwe określnie. Myślę, że każdy realizowany projekt prowadzi mnie do kolejnego. Ale to bardziej emocjonalne niż logiczne konsekwencje.

Intuicyjne.
Tak, to bardzo dobre słowo. Szczególnie w tym projekcie opieram się głównie na intuicji. Wszystkie problemy, punkty zapalne, na jakie napotykała Lygia, ja również spotykam i je analizuję. Ale na swój sposób.
Kiedy przyjechałem do Torunia, skupiłem się głównie na obiektach. Zależało mi, żeby powstały obiekty in situ, wykonane bezpośrednio w tym miejscu, osadzone są w lokalnym kontekście – tak, aby kiedy używam ich podczas sesji, pojawił się między nimi a uczestnikami pewien rodzaj relacji, żeby były znajome, oswojone. Często powstawały one z rzeczy znalezionych przeze mnie na ulicy podczas spacerów, z przedmiotów, które przyciągnęły moją uwagę, kryjących pewną nieznaną historię, tajemnicę.
Drugi etap to poszukiwanie uczestników, którzy nie byliby aktorami, ale zwyczajnymi ludźmi; jeden ze sposobów na ich znalezienie to zamieszczenie ogłoszeń w prasie. Postępowałem tak realizując poprzednie projekty, często tak robię - to właściwie najlepszy sposób, aby wyłonić grupę zupełnie przypadkową, która nie będzie składać się z artystów czy osób zaangażowanych w sztukę, ale grupę ludzi z różnych społecznych warstw.

Ten element przypadku, czy niespodzianki, jest istotny?
Tak, może raczej nie przypadek, ale ryzyko, jakie wiąże się z tymi spotkaniami, fakt, że może z nich wyniknąć coś silniejszego i bardziej niesamowitego, niż kiedykolwiek sobie wyobrażałem. Coś poza kontrolą. Podczas terapii (chociaż nie bardzo odpowiada mi to określenie, które stosowane było przez Lygię, wolę słowo: sesja) wsłuchiwałem się w uczestników głównie dzięki intuicji – praca z kimś, kogo kompletnie nie znam, kogo spotykam zupełnie przypadkowo, miała też ciężar przeznaczenia.

Wyjaśniłeś uczestnikom sesji, co ich czeka? Zrobiłeś rodzaj wprowadzenia w tło projektu i koncepcję terapii przez dotyk Clark?
Nie, nie było takiej konieczności. Zresztą chodzi chodzi głównie o relację między mną a Lygią Clark, nie między uczestnikami a nią; zespół CSW zorganizował takie pierwsze spotkanie dla uczestników, podczas którego wyjaśniono im, że sesje polegają na masażu z użyciem różnych przedmiotów. Ja sam wyjaśniałem im przy pierwszym spotkaniu, że zależy mi, aby podczas sesji, gdy dotykam ich przy użyciu różnych obiektów, skupiali się na konkretnych obrazach, jakie wywołuje dotyk. Nie zależało mi na werbalizacji tych odczuć, raczej na stymulowaniu pewnych wizualnych wrażeń, pobudzaniu ich cielesnej wyobraźni.
Moja relacja z uczestnikami stanowi tak naprawdę dzieło sztuki; ta więź , która rodzi się między nami. Tak to widzę. To jest jak z rzeźbą – moim materiałem są zarówno obiekty, których używam, jak i same osoby. I wszystko to, co się dzieje między nami w tym pokoju, przez 1,5 godziny. Bardzo zresztą lubię ten wynajęty pokój, to jest takie pomieszczenie, w którym mogłyby mieć miejsce seanse psychoterapii Freuda.

A co z dokumentacją seansów?
Nie przy pierwszym spotkaniu. Na drugim albo trzecim – już tak. Na początku jest dużo instensywności, napięcia, zdenerwowania. Jest też bariera językowa. Podczas kolejnych sesji rodzą się emocje.

Chciałam Cię zapytać o poprzednie projekty, szczególnie o projekt Forgiveness, zrealizowany we współpracy z więźniami luksemburskiego Zakładu Karnego (Projekt przeprowadzony z grupą 10 więźniów - podczas serii indywidualnych spotkań, przez okres 6 miesięcy, artysta prowadził badania nad panującym w społeczeństwie modelem wymierzania sprawiedliwości – przyp.aut.) Wiem, że chociaż projekt zakończył się w 2008 r., do tej pory utrzymujesz relacje z jego uczestnikami. Ważna jest dla Ciebie więź, jaką udało się wam wytworzyć i starasz się ją podtrzymywać. Nie pozostawiłeś tych ludzi samym sobie.
Tak, rzeczywiście. Ale tu, w Toruniu, spotkania nie opierają się tak bardzo na kontakcie werbalnym, raczej fizycznym. Zależało mi też, żeby działania miały charakter doraźny, żeby były mocno osadzone w ' tu i teraz'. Dlatego też nie uważam ich za terapię – spotkania terapeutyczne są rozciągnięte w czasie, no i nieodzowny jest jednak kontakt językowy. Projekt, który realizowałem w więzieniu, opierał się w dużej mierze na dyskusjach z psychologami; tutaj skupiam się na relacji między mną a tym, co tworzę z uczestnikami.
Podczas sesji często zastanawiam się, co teraz zrobiłaby Ligia, a co muszę zrobić ja. To jest taki dialog , który z nią prowadzę, żeby zobaczyć, kim jestem ja jako artysta. To jest jak pewne zagrożenie – zmagam się z bardzo silną osobowością Clark.

Taka walka. Na dwóch poziomach – zmagasz się z uczestnikami podczas sesji i ze schedą charyzmatycznej artystki, której twórczość może w każdej chwili Cię wchłonąć.
Tak, zmagam się też z tym, żeby sam projekt nie popłynął w jakimś niebezpiecznym kierunku. Czasem czuję się jak jej syn, wiesz, mam tę samą potrzebę, jaka pojawia się w związkach dziecka z rodzicami – muszę ciągle udowadniać, że ja to ja, że jestem kimś innym, odrębnym.

Stąd ten tytuł – I am the other ?
Tak. Jestem tym, który odkrywa, kim jest. Jako osoba i jako artysta.